[opinia dotyczy pokazów seansu w Lublinie w dniach 28-29.11.2009]
Kaśka Plebańczyk pisze:
TESTERZY RZECZY DZIWNYCH
Teatr Napięcie łatwo się nie poddaje – o ich uporze może świadczyć to, że choć podczas Kontestacji sobotni pokaz spektaklu Opera Dożynki w art. Studio z powodów technicznych został przerwany, to artyści nie zrazili się tym niepowodzeniem. W niedzielę 29 XI po raz kolejny podjęli próbę pokazania w Lublinie pierwszego na świecie spektaklu, w którym stymuluje się mózg widzów za pomocą środków audiowizualnych.
Projekt łodzian od początku wydawał się być mocno kontrowersyjny i intrygujący – przed wejściem na spektakl każdy z widzów poproszony został o podpisanie specjalnego oświadczenia, w którym padały rozmaite ostrzeżenia, w tym to, że na spektakl każdy wchodzi na własną odpowiedzialność. Oczekiwania widzów mogły zostać w ten sposób skutecznie rozbudzone. U niektórych jednak twórcy wywołali lekki przestrach i obawy. Czy były one słuszne? Na to pytanie powinien odpowiedzieć sobie każdy z widzów.
Operze Dożynki z pewnością nie można odmówić nietypowości formy. Przejawia się ona w wielu aspektach, począwszy od specyficznego skonstruowania widowni, poprzez użyte środki audiowizualne, aż do gry aktorów. Łukasz Pięta, pomysłodawca i koordynator projektu Opera Dożynki nie stawia w tej produkcji na aktorstwo, to nie ono ma robić wrażenie. Zdaje sobie sprawę, że jego zespół jest na poziomie amatorskim, ale nie uważa, by było to przeszkodą do tworzenia wysokiej jakości teatru. Jego koncepcja jest bowiem specyficzna, chce on otwierać nowe przestrzenie teatralne, docierać do widzów w niekonwencjonalny sposób. Jeśli wychodzić z takiego założenia, to rzeczywiście, trzeba przyznać, że sugestywne aktorstwo to przeżytek i niczego nowatorskiego nie można w ten sposób osiągnąć.
Środki jakimi posługuje się Napięcie są zatem nietypowe, inne od powszechnie stosowanych w teatrach. W spektaklu Opera Dożynki użyte zostały dwa niecodzienne rozwiązania: pierwszym z nich było wyposażenie każdego z widzów w słuchawki w których mogli słuchać nagrania dźwiękowego do spektaklu. Nie jest to rzecz jasna teatralny zabieg przyszłości, owszem, zdarza się widzom uczestniczyć w podobnych spektaklach, ale jeśli brać pod uwagę fakt, że nie było to tłumaczenie z języka obcego, jest to z pewnością niezbyt często stosowane w teatrze rozwiązanie. Widzowie mogli w ten sposób odizolować się od otoczenia i w pełni odbierać wszystkie dźwięki Opery Dożynki.
Drugim zabiegiem była fotostymulacja, którą w skrócie można opisać jako permanentne drażnienie aparatu wzrokowego widzów za pomocą błyskającego w oszałamiającym tempie (4 błyski na sekundę) ostrego światła.
Można zapytać po co to wszystko, czemu mają służyć te niecodzienne zabiegi. Pięta ma na to gotową odpowiedź – chodzi o to, by nie robić z teatru konserwy, by ciągle odkrywać zupełnie nowe i dziwne areały przestrzeni teatralnych. Reżyser uważa się za prekursora, dającego początki nowej jakości polskiemu i światowemu teatrowi.
Opera Dożynki ciągle nie jest jednak gotowym dziełem, w wersji ostatecznej oprócz fotostymulacji i słuchawek, każdy z widzów będzie miał zamontowaną cewkę elektromagnetyczną i mikroprocesor. Ma to oddziaływać na szyszynkę i w ten sposób dawać widzom pełnię odbioru spektaklu. Kłopot jednak w tym, że osiągnięcie pełni odbioru jest być może w przypadku twórczości Teatru Napięcie niemożliwe i to z kilku co najmniej przyczyn. Pierwszą z nich jest ta, że z założenia nie każdy jest w stanie doświadczyć serwowanych przez łodzian doznań – potrzeba do tego większej niż przeciętna wrażliwości, w związku z czym część widzów od początku nie ma szans na dotarcie do prawd objawionych przez spektakl. Kolejna sprawa – w Operze Dożynki pojawia się mnogość znaków, znaków które się powielają, przenikają nawzajem. Pięta twierdzi, że ma ich być tak dużo, że będą niezauważalne a ich docieranie do widzów ma być stopniowe, powinny się sączyć przez tydzień, lub dłużej. Bez prawidłowego odczytania ich wszystkich odbiór dzieła będzie jedynie powierzchowny. Minusem jest z pewnością fakt, że Opera Dożynki została wystawiona podczas festiwalu, a te zdaniem twórców nie służą spektaklowi. Widzowie oglądający wiele przedstawień w krótkim czasie są znużeni i znieczuleni na bodźce, które do nich docierają
Nic dziwnego – w natłoku obejrzanych spektakli doznawane wrażenia szybko wypierane są przez kolejne, widz nie ma czasu na smakowanie każdego z nich z osobna. Dla koncepcji spektaklu uderzającego wielością znaczeń, które powinny uwalniać się przez kilka kolejnych dni, tryb festiwalowy rzeczywiście może okazać się zgubny.
Czy tym razem wystawienie sztuki odniosło sukces? Na to pytanie nie można chyba udzielić prawidłowej odpowiedzi. Sukcesem z pewnością jest każda pojedyncza reakcja widza, który poczuł coś niesamowitego, został zasymulowany przez Teatr Napięcie i doświadczył niedoznanych wcześniej stanów. Wtedy z pewnością spełnił założony przez twórców cel, którym było dostarczenie widzom nowej jakości przeżyć.
Kaśka Plebańczyk
[ tekst przesłany 15 kwietnia 2010, g. 23:18 ]